sobota, 21 grudnia 2013

Rozdział XXI

Rozdział XXI



Cisze przerywało tykanie salonowego zegara.
-powiedz coś-nakazała kobieta
Milczałam wędrując wzrokiem po nich.Nachyliła się do mnie przez stół
-Jesteś przygłucha?-zapytała z sarkazmem.
Zacisnęłam pięść jeszcze bardziej.
Prychnęła pogarda i rozsiadła się na kuchennym krześle.
Na stół została rzucona gazetowa figurka origami w kształcie róży,sięgnęłam po nią i rozłożyłam niezdarnie, rozpoznałam od razu  nagłówek.
//Oni nie zabili July
Zwinęłam świstek makulatury i cisnęłam nim poza stół
-Nie chcesz dowiedzieć się prawdy?-zapytał
Nie odpowiedziałam
-Przynieś "to" Jonatanie
Kiwnął głową i ruszył powoli w stronę schodów.
-Lucy, chcę abyś do nas dołączyła
Spojrzał na nią złowrogo.
-Dołączyć do grona zamaskowanych czarnych kapturków?-wycedziłam
Posłała mi mordercze spojrzenie i zwaliła wazon który stał pomiędzy nami na podłogę.
-Nie będziemy w taki sposób rozmawiać-zerwała się z miejsca chwyciła mnie boleśnie za ramię i  przywaliła w twarz.
Przyłożyłam swoją wolną rękę w to miejsce i zaniosłam się śmiechem.To rozłościło ją jeszcze bardziej
-Jeśli się nie uspokoisz to będę zmuszona Cię zabić-chwyciła za moją krtań i za pasa wyciągnęła mały nożyk
-Nie boję się Ciebie-zapewniłam patrząc na nią z satysfakcją -jesteś zwykłym psycholem.
Podniosła ostrze w górę ale od wbicia go powstrzymał ją  Jonatan krzycząc jej imię.Puściła mnie i zajęła swoje miejsce naprzeciw mnie.
Na blat rzucona została z brzdękiem czarna tkanina.
-Wiesz co tam jest?-zapytał patrząc lekko podenerwowany.
Milczałam.
-Nie mamy czasu na te beznadziejne sceny-zawyła  Nicole i rozwinęła szmatę.
-Zaczekaj, jej trzeba to…
-Nie!-zaskrzeczała i wyjęła zakrwawiony sztylet-zróbmy to Jonatanie.
Przez chwilę zastanowił się i w końcu złapał za sztylet.Zaczęłam czuć niepokój.Oboje zwrócili się w moją stronę.
Spojrzałam na nich a po tem zerwałam się z miejsca i impulsywnie zaczęłam szarpać się z kajdankami
-Spokojnie nie powinno boleć-ojciec złapał mnie za ramiona i usadowił na krześle.
Zaczęłam się szarpać z ramionami matki którymi mnie oplotła.Jonatan obszedł krzesło do okoła i odgarnął mi włosy z mokrego karku.
-To potrwa chwilę-zapewnił
Zaczęłam się szarpać ale Nicole trzymała zbyt mocno
-Przepraszam-usłyszałam nie wyraźnie od niego
Czułam mrowienie w okolicy karku aż do momentu aż nie poczułam jak w wbija w nie lekko ostrze
Zaczęłam wrzeszczeć do póki nie przyłożyli mi czegoś do twarzy a kuchenne otoczenie zniknęło.
Odczuwałam dziwną woń unoszącą się w powietrzu.Otworzyłam oczy, znajdowałam się w zaciemnionym pomieszczeniu z którym jedynym źródłem światła była dioda świecąca się  w  kącie.Zaczęłam się powoli obszukiwać.
-Lucy?-usłyszałam wyjąknięcie gdzieś z dalszej części pomieszczenia
-Richard?-wyszeptałam
Wsparłam się o coś ciężkiego i ruszyłam w stronę głosu.
-Lucy-teraz wyraźnie usłyszałam głos z innej strony.
-Cholera jasna-wymamrotałam.
Znów ktoś wypowiedział moje imię z tej samej strony.Wyciągnęłam przed siebie ręce i powędrowałam powoli do przodu.Natknęłam się w końcu na coś miękkiego, zmarszczyłam brwi
-Luc-wysapał a ja uniosłam przerażony wzrok gdzieś na wysokość jego twarzy.
-Alex?-upewniłam się
Przytaknął.
Zaczęłam się rozglądać po mroku wokół nas.
-Twoi rodzice to…-
-Wiem-przerwałam mu i zjechałam rękoma po kieszeniach jego spodni.
-Obszukali mnie to bez sensu
Odsunęłam się od niego i ruszyłam znów przed siebie potykając się co kilka chwil o coś leżącego na ziemi.
-Nie idz-usłyszałam za sobą ale nie zwracałam na to uwagi
Doszłam do czegoś drewnianego i wymacałam schody.
//Czas  abym to skończyła.
Szłam powoli na kolanach  ignorując nawołującego cicho Alex’a.Po kilkunastu schodach dosłyszałam kroki gdzieś z daleka. Zdołałam stanąć tylko chwiejnie na nogach.
Drzwi otworzyły się oślepiając mnie przy tym światłem z korytarza.Spojrzałam wprost na nich i nie poruszyłam się.Uśmiechnięci szli w moją stronę, cofałam się z zaciętą miną .
Byłam w swojej piwnicy tak jak zdążyłam się już domyśleć, wycofując się spojrzałam na Alex’a.
Siedział podparty o ścianę z pobijaną twarzą, a posadzka wymazana była krwią która ciągnęła się aż do chłopaka.
Cofnęłam się pod ścianę stając przed Alex’em.
-Jonatanie?-odezwała się nie naturalnym głosem Nicole.
-Tak kochanie?
-Przepraszam
-Ale za co?-odrwócił się w jej stronę.
Widziałam tylko jak zamachnęła się.
Cofnęłam się i  znajdując się przy ścianie osunęłam się po niej.Mężczyzna opadł na podłogę nie poruszając się.
Coś huknęło oślepiając nas. Spojrzałam na wkraczające jednostki policji a później na siedzącego koło mnie nie przytomnego Alex’a.Nicole zaczęła wrzeszczeć i wymachiwać na oślep nożem. Zmrużyłam oczy obserwując jak policjanci sprawnie obezwładniają ją i przewalają na krwistą posadzkę.
Twarz Madison pojawiła się przed moją.
-Już dobrze-zapewniła głosem który ledwo był słyszalny
-Zajmijcie się nim-mruknęłam i wskazałam przyjaciela.
Madison złapała mnie lekko za ramiona i podniosła.
-Możesz iść?-zapytała przewieszając sobie moje ramię przez szyję.
Przeszliśmy bliżej Nicole
-Lucy ja robiłam to wszystko dla Ciebie!-wrzasnęła mimo policjanta który dociskał ją do ziemi.
Zebrałam się w sobie i rzuciłam w jej kierunku.Zaczęli mnie z łatwością odciągać od niej nie pozwalając na jej uderzenie.
Nie pamiętam już co wrzeszczałam ale wiem, że nie zdołałam dostać się do niej ani sama wyjść z piwnicy.Wszystko dalsze spowite było mrokiem.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak kończy się rozdział XXI. Dzięki za przeczytanie zapraszam do komentowania i dołączania do "czytelników bloga"

sobota, 7 września 2013

Rozdział XX






Rozdział XX

        
Siedziałam, naprzeciw niej przyglądając się z daleka na jej nadgarstki. Blizny które prawdopodobnie jak sama jej właścicielka sądziła powstała od „Nich”-moich rodziców.
-Dajcie mi pić-zarządała.
Matt na chylił się nad stołem i wlał do szklanki  z dzbanka wodę. Pchnął szklankę po stole. Kaitleen wypiła ją całą i cmoknęła w kierunku chłopaka.
-Możesz się sprężyć?-proprosiła Alice
-Jasne- zgodził się -o czym chcecie…
Wstałam i zacisnęłam zęby.
-Usiądz-wskazała przed siebie
-Zacznij mówić Kaitleen-warknęłam
-Myślisz,że to dla mnie łatwe? To nie jest zwykła pogadanka…
-Więc zacznij mówić-wtrącił się Matt.
- Siądź -nalegała.
Westchnęłam i zajęłam miejsce.
-Zaczęło się po naszej kłótni-spojrzała na ich trójkę-szlajałam się po ulicach gdy przypadkowo trafiłam na twoich starych-kiwnęła do mnie głową-nie myśl sobie, że poszłam tam dobrowolnie. Wbili mi coś gdzieś tutaj-chciała podwinąć bluzę ale Alice jej przeszkodziła. Zerknęła na nią spod łba-obudziłam się w twoim łóżku,pytałam o co im chodzi ale znów mnie odurzyli -później przebudziłam się czując jak mnie nacinają wyraźnie widziałam, że to oni.
-O matko-wyrwało się Alice.
-Każdego razu czułam, że boli coraz mocniej. Rano mnie wypuszczali po zmroku  odnajdywali i odurzali.
Podparłam się o kolano i rozmasowałam nerwowo czoło.
-W końcu zebrałam się w sobie, wzięłam kajdanki no i zakradłam się do nich, resztę już moglibyście się domyśleć.
-Wie to ktoś jeszcze?-zapytałam nie podnosząc głowy znad podłogi.
-Możecie nas zostawić same-poprosiła
//Moi rodzice byli psychopatami.
-Dość już tajemnic, kto o tym wie!?
-Myślisz Matt, że byłam na tyle głupia żeby komuś o tym mówić?!
-Matt, mógłbyś udostępnić nam salon?-zapytała jego mama wchodząc
-Jasne, chodźmy na górę-odpowiedział jej.
Będąc na końcu Kaitleen „przypadkowo na mnie wpadła”
-Ktoś jeszcze wie-szepnęła mi na ucho
Zatrzymałam się.
-Kto?-zapytałam równie cicho.
Uśmiechnęła się tryumfalnie i ruszyła po schodach
Westchnęłam i przymknęłam oczy.
//Rodzice byli psychopatami.
-Lucy idziesz?
Zamachałam głową.
Weszłam na górę i opadłam na fotel.
-Cholera-powtarzał Matt wędrując po całym pokoju.
-Pamiętasz jak mówiłaś  w dzieciństwie że parę razy rodzice nie wracali na noc do domu?-dopytał Alex rozsiadając się na kanapie.
-Sugerujesz, że byli kolejnymi współpracownikami Mason’a?-mruknęłam.
Kaitleen przysiadła na oparciu mojego fotela.
-Hej Kaitleen może będziemy spokrewnione?-udałam entuzjazm
Parsknęła krótko śmiechem.
-Lucy to jest poważna sprawa-skarcił mnie Matt.
Poprzewracałam oczami.
-Chodź na chwilę ze mną-Kaitleen klapnęła mnie po nodze.
Wstałam.
-Skończyliśmy z tajemnicami-podkreślił Matt.
-Muszę do łazienki inteligencie.
-Alice z wami pójdzie.
-Okej-zgodziła się.
Wyszłyśmy.
-Kto jeszcze wie?-zapytała, ona też wiedziała, że jest jeszcze ktoś.
-Tylko się nie wkurzaj-rozmawiałam o tym z Madison.
-Madison?-zapytałam z powątpliwaniem.
-Tak z nią-lekko uchyliła drzwi sprawdzając czy nikt nas nie podsłuchuje
-Nie powiedziałam wam wszystkiego-przyznała się-gdy Madison się o tym dowiedziała kazała mi założyć podsłuch.
Wtedy dowiedziałam się właśnie nad czym przepracowuje się Carter.
Bez słowa wyszłam trzaskając drzwiami i opuściłam dom najszybciej jak się dało. Wszystko stało się przedziwnie pokręcone.
Wybrałam numer Madison.
-Bądź pod lasem za dwadzieścia minut-zakomunikowałam na wstępie i rozłączyłam się bez wyjaśnienia.
Wybrałam okrężną drogę nie chcąc natknąć się na swój dom.
//”Po zmroku mnie odnajdywali”
Gdy doszłam do skraju Madison stała już swoim samochodem.
Obeszłam go i oparłam się o tyle drzwi. Nie czekałam długo aż wyjdzie.
-Co jest?
Spojrzałam na nią z gniewem.
-Od jak dawna wiesz?
-O czym?
-O tym, że moi rodzice to kompletni psychopaci!
-Od początku…
-Początku czego?!
-Gdy Kaitleen się tam pojawiła.
Odwróciłam wzrok do strony lasu.
Krople deszczu mocno uderzały o karoserię.
-Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?
-Nie chciałam Cię martwić.
-Martwić?-powtórzyła z narastającą złością-lepsze było kłamstwo?
Zawiesiła głowę na błotnistym podłożu.
-Nie Cierpię kłamstw-mruknęłam.
Miałam do niej urazę ale chciałam zostać poinformowaną.
-Czego się dowiedziałaś?
-Mam zestaw w samochodzie-puknęła w szybę.
Wsiedliśmy w milczeniu i obie włożyłyśmy po słuchawce do uszu.
-Mieliśmy zamontować kamery ale… nie zdążyłyśmy.
Kiwnęłam głową.
-Trzeba ją znaleźć.
Nie martw się daleko nie mogła pójść.
Trzask drzwiami uprzedził ciszę.
-O kogo chodzi?
Madison milczała wyraźnie zamyślona
-Carter!-upomniałam ją.
-Spojrzała na mnie nie obecnie.
-O kogo chodzi?!
Madison wyciągnęła telefon.
-Luck? Wyszli z domu…tak, jasne-rozłączyła się-Lucy musisz mi zaufać-odpaliła samochód.
-Nie mam jakoś do tego podstaw
Ruszyła tym samym wbijając mnie w fotel.
-Musisz coś dla mnie zrobić-rzuciła do mnie opanowana
-Zatrzymaj się!-nakazałam.
Chwilę jechaliśmy aż w końcu zahamowała
-Oszalałaś!?-rozpoznałam swój dom.
-My z Luck’em jedziemy za nimi, Ty w tym czasie rozejrzyj się po domu.
-Madison…
-Lucy? Zrób to.
Warknęłam
-Niech Ci będzie
-Luc?-zatrzymała mnie gdy wysiadałam-wszystko będzie dobrze
Wysiadłam i będąc kompletnie zmokniętą zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi sąsiadki.
-Och Lucy- szczerze zdziwiona moim widokiem wpuściła mnie do środka
-ja tylko na moment, mogę odebrać zapasowe klucze od domu?
Rodziców tam nie ma…
-Oczywiście, twoi rodzice Lucy, ostatnio bardzo często gdzieś wychodzą-wysciągnęła z szuflady klucze i wręczyła mi je.
-Tak są bardzo…zapracowani
Podziękowałam za klucze i wyszłam.
Przeszłam pośpiesznie do domu.
Wbiegłam  po schodach na górę i przekopałam się przez mój pokój.
//Coś musi tu być.
Zajrzałam pod łóżko i dostrzegłam przedmiot owinięty dokładnie w szmatę.
-Szukasz czegoś?-usłyszałam i oberwałam w głowę.
Czułam jak obydwoje ciągną mnie po schodach dociągając mnie do salonu
-Mogłaś być z nami a nie przeciwko nam!
Uniosłam się na łokciach ale kopnęli mnie w głowę.
-Mogłaś to zostawić!-stanął w rozkroku nade mną
-ale wolałaś w to ingerować-dokończyła matka pochylając się
Próbowałam nie dać się związać ale docisnął  mnie kolanem do Ziemi.
-A teraz-uniosłam mi twarz za podbródek-teraz otrzymasz to na co zasłużyłaś
Sięgnęła po coś.
-Dam Ci tylko jedną szansę Luc-wyszeptał mi ojciec do ucha-przeżucił mnie związaną na plecy.
-Jesteś z nami czy przeciwko nam?-poczułam, że po moim drżącym policzku wędruje metalowy pręt
-Chrzańcie się!-wrzasnęłam a ona zamachnęła się.
Powstrzymał ją jedynie dzwonek do drzwi.
-Wstawaj-unieśli mnie-teraz pójdziesz i otworzysz drzwi- rozwiazali mnie-jeśli uciekniesz albo wyślesz znak zabijemy i Ciebie i tego kto tam jest
-Lucy, cholera tak się martwiłem-Alex pociągnął mnie do Siebie.
-Wynos się-mruknęłam
-Co?-odsunął się tylko po to aby spojrzeć na mnie.
-Mówię żebyś się cofnął-warknęłam i odepchnęłam go.
-Lucy… co się…-zaczął zdziwiony.
-Moja córka nie chce już z tobą rozmawiac-usłyszałam za sobą jej głos.
-tak-przytaknełam i wycofałam  się do tyłu jak gdybym oddalała się od niewidzialnej granicy. Granicy po której stał mój najlepszy przyjaciel łamiący mi serce.
-Lucy,no!-krzyknął za mną gdy odwróciłam się weszłam do domu.
-Świetnie to odegrałaś-ojciec doskoczył do mnie i przywalił do ściany.
-Nie boję się was-zaprzeczyłam
-A powinnaś-wyjął z kieszeni podsłuch-serio myślałaś że tego nie zauważymy.
Tu mocno mnie spoliczkował a potem pchnął do kuchni.
-Czas na rodzinny obiadek-złapał boleśnie za moje ramie i przypiął mnie kajdankami do stolika-to gdybyś miała odejść od stołu-skomentował i obydwoje zanieśli się obłąkanymi śmiechami.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak kończy się rozdział XX. Dzięki za przeczytanie zapraszam do komentowania i dołączania do "czytelników bloga"

niedziela, 11 sierpnia 2013

Rodział XIX



Rozdział XIX

 -Umorzone?!-wrzasnęłam rzucając papierem na stolik-zabito tyle dzieci  i pieprzone umorzenie?!
-Lucy proszę Cię spróbuj-Madison stała nade mną.
-Nie po to ryzykowałam, żeby teraz Strace hasała sobie na wolności.
Prychnęłam.
-No tak zapomniałam, że to twoja nowa "rodzina" bardzo przepraszam.
Pokiwał z niedowierzaniem głową.
-Nie tego chciałaś?
-Co?! Nie! Wal się nie gadam z tobą-odwróciłam się do Luck'a.
-Chcę zeznać
-Tu jest potrzebny...
-Mam to gdzieś, chcę zeznać.
Policjant posłał mi poirytowane spojrzenie.
-Co?!-zaczynałam się trząść-mam prawo!
-Uspokój się-Madison złapała mnie za ramiona,
Warknęłam groźnie i wróciłam do pokoju. Przewaliłam lampkę.
-Nie rób tego Lucy
Zamknęłam drzwi.
-Nie rób tego
-Richard wynoś się z mojej głowy!-wyszeptałam i przewaliłam się na łóżko
//Muszę zasnąć, muszę zaczerpnąć snu.
Obudziło mnie odgłos kopania w ziemi.
-Osz cholera-jęknęłam i odsunęłam się od zwłok przy których leżałam.
-Pomóż mi-zwróciła wyglądał  się do kogoś za mną.
Richard wyglądał na przerażonego, nie poruszył się ani o centymetr.
Mason westchnął i zabrał się do wciągania ciała do wykopanej szczeliny.
-Zakop to chociaż!-nakazał mężczyzna rzucając łopatę.
Richard dalej stał nie spuszczając wzrok z dołu w którym leżała jego miłość, July którą zabił.
-Lucy!-poczułam, że ktoś mną szarpie.
-Co?!-pchnęłam stojąco nade mną Madison
Było ciemno a ja odczuwałam przenikający mnie strach.
-Wyluzuj, to  tylko ja-Madison wskazała na siebie i przysiadła-wrzeszczałaś coś więc musiałam sprawdzić co i jak u Ciebie
-W porządku-wymamrotałam-sorry za krzyki.
-Spoko-Carter wydawała się nie mieć urazy- i tak nie spałam
Westchnęłam opuszczając głowę.
-Chcesz porozmawiać?-spojrzałam na nią ze zdziwieniem
-Chcę-odpowiedziałam wahająco.
Zachichotała
-No to się posuń
Zrobiłam jej miejsce.
-Pamiętasz coś z tego co Ci się śni?
-Wszystko-odmruknęłam.
-Przez jakiś czas będziesz musiała to jakoś...-Madison szukała odpowiedniego słowa.
 -przetrwać?-podpowiedziałam-nie robię ostatnio niczego innego.
-Przynajmniej nie będziesz sądzona
-Tak, za to mam na głowie "przyjaciela"
-Zajmiemy się z nim z Luck'em
//Moim kosztem
-Co u Matt'a?
-Tego akurat nie wiem-odpowiedziałam bez emocjonalnie.
-Rozmawialiście ze Sobą?
-Nie nazwałabym tego rozmową.
Madison przytaknęła wiedząc już jak się wszystko potoczyło.
-Może idź się połóż-zaproponowałam po jej ziewnięciu.
Zaprzeczyła kiwnięciem głowy.
-Nie tylko Ty miewasz koszmary, skąd to masz?-wskazała na bliznę na ręce.
-Uderzyłam się-skłamałam.
Parsknęła śmiechem
-Rozmawiałaś z rodzicami?
Skrzywiłam się na ostatnie słowo.Gdy miałam już odpowiedzieć zadzwonił budzik w jej pokoju.
//Po co wstawała ostatnio tak wcześnie?
-Na co wstajesz tak wcześnie?-zapytałam gdy zeszła z łóżka
-Pojedziesz ze mną do redakcji?
Ostatnio Madison zrobiła się tajemnicza jak gdyby myślami była wciąż przy jednej konkretnej sprawie.
Zgodziłam się, na co dziennikarka kazała mi się ubierać.
//Może czegoś się dowiem
W samochodzie nie rozmawialiśmy za wiele, Madison wydawała się nie obecna.
-To chwilę zajmie-zapowiedziała parkując.
-Okej zaczekam-oznajmiłam.
-Na pewno nie chcesz tam pójść?-słychać było nadzieję w jej głosie.
Zaprzeczyłam.
-Dobra będę za chwilę-wysiadła i ruszyła  stronę wydawnictwa
//Coś jest na rzeczy.
Westchnęłam i sięgnęłam do schowka.Paczka gum, latarka i stara gazeta.
Wyjęłam ją, rozłożyłam zerkając na datę.Wskazywała na końcówkę  lat dwudziestych.
Nagłówek na stronie głównej głosił"Morderstwo bez mordercy" czyli ofiara i brak winowajcy.
Miałam zamiar zagłębić się w linijkach tekstu ale coś uderzyło o szybę.
Zerknęłam za nią, ktoś opierał się o nią i próbował iść dalej.
Odłożyłam gazetę na bok i wyszłam na zewnątrz.Znajoma bluza i jej właścicielka właśnie zataczała się po chodniku przede mną.
-Kaitleen?-upewniłam się marszcząc brwi.
Podeszłam do niej i odwróciłam głowę-Co Ty piłaś?
Czuć było od niej ostry zapach alkoholu.
-Lucy!-wspięła się o mnie i zawiesiła na szyi-co tu robisz?-wybełkotała.
-Raczej co Ty tu robisz, dobra-dodałam gdy o mało co nie przewaliłyśmy się razem.Doholowałam ją do samochodu.
-Wiesz, że twoi...-tutaj znów prawie nie zjechała po karoserii na chodnik.
-Lepiej nic już nie mów-poprosiłam podtrzymując ją.
-Mamy pasażera?-upewniła się Madison idąc w naszą stronę.
Przewaliłyśmy Kaitleen na tylne siedzenie.
-No więc? Gdzie teraz?-zapytała gdy siadłyśmy na przednie siedzenia.
Wyciągnęłam telefon i wybrałam numer Alex'a.
-Co jest?-wymamrotał sennie.
-Gdzie jesteś?-zapytałam
-U Matt'a-odchrząknął-co się stało?
Zerknęłam na Kaitleen.
-Będę za dziesięć minut-odpowiedziałam tylko i się rozłączyłam.
-Nieźle zabalowała-przyznała Madison odpalając silnik.
Przytaknęłam znów patrząc na nią.
//Niezła miała opiekę.
Pokręciłam głową na myśl o tym.
-Okej jesteśmy-stanęliśmy na podjeździe.
Wysiadłam i z pomocą Carter przeszliśmy do drzwi.
Otworzyła nam mama Matt'a.
Bez słowa dociągnęłyśmy Kaittlen na kanapę w salonie .
-Co do...?-zaczął Alex schodząc.
-Nawet nie pytaj-przerwałam mu.
-Okej, dacie sobie już radę, wracam do redakcji-Madison zbierała się do wyjścia.
-Dzięki-rzuciłam za nią.
Posłała mi lekki uśmiech i wyszła.
-Czy ona?-upewniła się Alice czując zapach już w korytarzu.
-Tak, jest pijana-odmruknęłam stając pomiędzy nimi i patrząc jak śpi.
-Co ona tu robi?-usłyszałam Matt'a.
Sądząc, że tak zareagował na mój widok ruszyłam ku wyjściu.
-To nie było do Ciebie-zaprzeczył i zatorowa mi drogę.
-Mam to...
-Dajcie obydwoje spokój-poprosiła Alice podchodząc bliżej.
-Mogę Cię prosić na chwilę?-Matt zwrócił się do mnie.
Założyłam ręce i wyszłam z nim do ogrodu.
-Czego chcesz?-Zapytałam patrząc na niego z pogardą-O czym chcesz pogadać z podpieczoną kiełbaską?
-Możesz dać spokój z tym sarkazmem?!-chwycił mnie za ramię.
-Trzymaj swoje ręce przy sobie-warknęłam cicho.
-Przepraszam, jestem zmęczony-odmruknął.
-Ty jesteś zmęczony? A co Ja mam powiedzieć?
Chwilę patrzyliśmy na wnętrze ogrodu.
-Skąd znalazłeś się wtedy w tej chacie?
Nie odpowiedział
-Nie mam ochoty bawić się z Tobą Matt
Prychnął.
-Wiesz dlaczego Cię wtedy pocałowałem?
Zaśmiałam się cicho.
-Mam gdzieś twoje-pokazałam cudzysłów-gesty.
Przeszłam wzrokiem na ogrodową zieleń
-Przynajmniej żyjemy-przerwał chwilową ciszę.
Wróciłam spojrzeniem  na niego.Twarz była lekko zaczerwieniona, na rękach widać było kilka strupów nie mniej jednak to Ja byłam bardziej poszkodowana.
Kiwnęłam głową.
-Przynajmniej tyle-zgodziłam się
-Możemy się pogodzić?-wstawił rękę na znak zgody.
-Nie jesteśmy pokłóceni-zaprzeczyłam
Weszłam do salonu.
-Wiecie może gdzie ona nocowała przez ten cały czas?-Zapytała Alice.
-U mnie-odpowiedziałam ponuro i utkwiłam wzrok w podłogę
Miałam na sobie ich spojrzenia.
-Serio?-upewniła się.
Kiwnęłam głową i oparłam się o blat.
Alex miał zadać kolejne pytanie ale Kaitleen mocno chrapnęła.
-Trzeba coś z tym zrobić-wskazał na nią Matt.
-Co? Udusisz ją?-dopytałam
-teraz możemy zaczekać aż otrzeźwieje-dodała Alice
-Pójdę po jej rzeczy-zapowiedziałam.
-Idziemy z tobą-odrazu odpowiedział Alex.
Spojrzałam po nich.
-Będę za chwilę-ruszyłam chociaż wiedziałam że pójdą za mną
-Wiemy co się szykuje-powiedziała Alice zatrzymując mnie-i mamy zamiar Cię wspierać.
Odwróciłam się do niej.
-Od kiedy?!Wrzasnęłam jej w twarz-od kiedy niby się o mnie troszczycie?!
-Lucy-upomniał mnie Alex gdy zamachnęłam się.
-Kompletnie niczego o mnie nie wiecie-dodałam i znów skierowałam się do wyjścia.
W drodze czułam męczącą złość.
//Za późno
Było za późno na uratowanie przyjaźni.
Stanęłam pod moim domem zaciskając i rozluźniając pieści. Szykowałam się bowiem na solidną rozmowę.
-Wchodzimy-usłyszałam za sobą.
Alice stała tuż za mną.
Kiwnęłam potakująco głową i pchnęłam furtkę.
Wcisnęłam dzwonek który zabrzęczał po całym domu. Wymieniliśmy spojrzenia,nacisnęłam na klamkę. Drzwi drgnęły lekko, weszliśmy do środka gdzie panowała absolutna cisza.
Wejrzałam do salonu i kuchni.
-Gdzie oni?-zaczęła Alice ale usłyszałyśmy nawoływanie z góry
Powoli weszliśmy na piętro.
-Lucy!-wrzasnęła Matka z sypialni.
Leżała razem z ojcem szarpiąc się z czymś.
Spojrzałam na nich z wrogością
-Uwolnij nas-zarządała.
Oboje przykuci byli kajdankami zamocowanymi do prętów łóżka.
-Przechytrzyła was jedna dziewczyna-burknęłam biorąc klucz ze stołu i otwierając . Kobieta zaniosła się histerycznym płaczem.
-Zawiedliśmy Cię-wyszlochała w ramionach męża.
-To nie pierwszy raz-zapewniłam chowając niespostrzeżenie kajdanki do tylnej kieszonki.
-Lucy, my...
-Nie chce mi się tego słuchać-objaśniłam i pociągnęłam Alice za sobą.
Złapałam za nie wypakowaną torbę Kaitleen stojąco u nich w salonie i zarzuciłam ją sobie na ramie.
Zeszliśmy na dół.
-Nie możesz jej z stąd zabierać!-zawyła matka z góry-ona się okalecza.
Zbiegła i doskoczyła do mnie z próbą odebrania mi torby.
Mężczyzna odsunął ją ode mnie. Pociągnęłam Alice od wyjścia.
-Zabrałaś kajdanki?-zapytała gdy byliśmy przed domem.
-Wiem, że to głupie ale tak.
Obie czułyśmy że z moimi rodzicami było coś nie tak.
Liczyłam że po rozmowie z Kaitleen wszystko się wyjaśni.
-Lucy?Jak Ty sobie z tym wszystkim radzisz-zapytałam gdy byliśmy bliżej domu.
-Nie nazwałabym tego radzeniem sobie Alice.
Wystarczyła jej taka odpowiedz.
-Hej-przywitał nas Alex siedzący w przedpokoju na komodzie.
-Obudziła się?-spytałam
-Tak-odmruknął.
Alice weszła do salonu.
-Idziesz?-zostałam z nim sama.
Utkwił spojrzenia w ścianę.
-Alex?
Obejrzałam się w stronę pokoju i podeszła do komody.
-Co się dzieje?
-Nie wierzę w to, że to ona
-Ona co?
-Że się cięła.
Przygryzłam dolną wargę.
-Ja też nie-
Uniósł spojrzenie
-Myślisz?
-Chodź ,dowiemy się
Kaitleen wrzasnęła na mój widok i wbiła się w fotel.
Usiadłam na przeciw niej.
-Kaitleen?Pamiętasz coś z wczoraj?-zaczął Matt
Spojrzała na niego.
-Tak pamiętam aż za wyraznie-warknęła drążcym głosem
-Skułaś ich?-upewniłam się sięgając za pas i wyrzucając kajdanki na stół.
Prychnęła. Złapała za rękawy i podciągnęła je do góry.
-Widzicie to?-wskazała na blizny-nie zrobiłam tego sobie-przekręciła głowę w moją stronę-to twoi kochani rodzice mi to zrobili.
-----------------------------------------
Tak kończy się rozdział XIX. Dzięki za przeczytanie zapraszam do komentowania i dołączania do "czytelników bloga"